JOHN ZORN w roku 2009
Marzec 7, 2010
Doskonale wiadomo, że Pan Jan jest bardzo płodnym artystą, a odkąd Tzadik ma się wyśmienicie wydaje niezliczoną ilość materiałów, strzelając dźwiękami jak z karabinu maszynowego. Ma swój ogródek, więc czemu się sprzeciwiać? Niech sadzi w nim co chce i nadal pozwala wchodzić do niego słuchaczom. Ten rok, mam wrażenie, był dla Zorna czasem bardzo pogodnym. Materiały, które ujrzały światło dzienne mają bardzo ciepłe, wiosenne zabarwienie. Jest to łącznik – hasło, które składa w całość te bądź co bądź różne albumy.
Filmworks XXIII: El general
Może jedynie album z serii ‘Filmworks’ odbiega od tego wiosennego, relaksującego tonu. Ale tę serię trzeba traktować indywidualnie. Wszak są to ścieżki dźwiękowe i warto je choć trochę połączyć z treścią filmu. El general to muzyka do obrazu dokumentalnego o kontrowersyjnym meksykańskim dyktatorze Plutarco Elías Calles z początku 20 wieku. Mamy tutaj odejście od muzyki klezmerskiej, na rzecz zdecydowanie bardziej meksykańskich rytmów. Przez cały album pulsuje łagodna gitara Marc’a Ribot’a, wchodzi w bardzo ładne dialogi z fortepianem, zresztą cała sekcja idealnie przedstawia gorący i suchy klimat Meksyku. W przepięknym Los Cristeros, elektryczna solówka bardzo wymownie wprowadza słuchacza w centrum miejsca wydarzeń. Bez wątpienia jest to jeden z ciekawszych filmowych tematów, który wyszedł spod pióra Zorna. Do filmu zostały wykorzystane jedynie trzy utwory, a na płycie jest ich jedenaście, tak więc klasycznie John nie poprzestał jedynie na obowiązku, a wszedł w projekt z pasją i zaangażowaniem. Może brakuje tu jedynie pewnej surowości, wszak Calles nie był to raczej dobry samarytanin i tego ZŁA brakuje w tych dźwiękach. El general stanowczo nie przemawia słowami : ‘Każde dziecko od piątego roku życia należy do państwa. Wszystko zło pochodzi od kleru. Bóg nie istnieje, religia jest mitem, biblia kłamstwem. Nie potrzebujemy uznawać żadnych “bożków”, tj. ani rodziców, ani osób tak zwanych “godnych szacunku.’ Aczkolwiek bez wątpienia podkreśla tę gorzką prawdę, chwil i czasów za rządów El general.
Alhambra Love Songs
Alhambra z arabskiego ‘Czerwona wieża’, jest dawną twierdzą mauretańskich kalifów zbudowana w andaluzyjskim regionie Hiszpanii. W pięknym pałacu z kilkoma dziedzińcami i dekorowanymi salami, spotykają się panie i panowie nucąc miłosne melodie. Olbrzymie ogrody wokół dają nieograniczoną przestrzeń zakochanym. Radość, sprośne zabawy w upalnym czerwcowym słońcu pozwalają zapomnieć o codziennym życiu. Wiele chłodnych zakątków pozwala się ukryć, a balkony, z których roztaczają się wspaniałe widoki ochłonąć i rozmarzyć kiedy ukochana już zaśnie. Nic szczególnego, powolna, płynąca w romantyczny sposób płyta, znakomita do bycia ‘tłem’ niezapomnianego wieczoru.
O’o
‘Słońce raźniej świeci dym się w polu snuje – zupełnie bez sensu, ale się rymuje. Budzi się przyroda, już zielono wszędzie bać się nie ma czego – znowu refren będzie.’ Na zimową chandrę lub nieśmiałe witanie wiosny jest to płyta jak znalazł. Kipi zabawą, energią (te gitarowe pojazdy, szaleństwa), luźną atmosferą. Nie ma tu panów w garniturach, czy poważnych dialogów. Muzyka płynie swobodnie w zieloną przestrzeń, świat ptaków i przyrody. Jest to dla mnie taki bardziej jazzowy odpowiednik również bardzo wiosennego ostatniego albumu EARTH. O’o zresztą to nic innego jak nazwa ptaka, więc przyrodnicza atmosfera jest wręcz narzucona.
Femina
Kobiety kobietom, a John Zorn niczym trener siatkarskiej drużyny. Jennifer Choi – skrzypce, Sylvie Courvoisier – piano, Carol Emanuel – harfa, Okkyung Lee – wiolonczela, Ikue Mori – elektronika, Shayna Dunkelman – perksuja i krótka liryczna wstawka Laurie Anderson na początku albumu. Słychać, że dziewczyny są prowadzone zgrabnie przez reżysera, ale także że nie są pozbawione własnego zdania. Płyta jak kobieta, trochę słodka, trochę ostra. Jeśli się spodoba to będzie za krótka, jeśli nie przypadnie do gustu, to jej 35 minut będzie w sam raz.
Zdaję sobie sprawę, że już na rok 2010 przynajmniej jeden materiał Zorna został zapowiedziany i nawet ozdobiony okładką, ale za facetem zdążyć nie łatwa sprawa dlatego taki poślizg.
Na koniec jeszcze jedna bardzo radosna nowina. Strona lubelskiego festiwalu KODY czyli Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej poinformowała, że na tegorocznej edycji jedną z głównych atrakcji będzie występ analizowanego tu Johna Zorna w towarzystwie takich tuzów jak Lou Reed czy Philip Glass . Pozostaje tylko czekać na pełny program imprezy i zacierać rączki na spotkanie z panami. Dodatkowo moje zdziwienie nie ma granic, że takie wspaniałe wydarzenie odbędzie w trochę zapomnianym przez duże wydarzenia Lublinie.




Marzec 8, 2010 o 8:58 am
Ja już się gubię w płytach, które wydaje Zorn. Trudno za tym nadążyć. Płyty o których wspomniałeś zapowiadają się ciekawie.
Marzec 8, 2010 o 8:59 am
A Zorn w Lublinie to czad! Pójdę na 100%.
Marzec 9, 2010 o 10:08 am
Albumy z ubiegłego roku są ciekawe, ale absolutnie nie są to materiały ‘PRZYMUSOWE’. Ma w swojej dyskografii bardzo żelazne pozycje, bez których życ się nie da. Te 4 albumy na pewno takie AŻ nie są. Można miło z nimi spędzic czas…i w sumie to wszystko, a czasem to wystarcza :)
Marzec 14, 2010 o 12:09 pm
Jutro przesłucham El General. Mam spore nadzieje po Twojej recenzji…
Kwiecień 27, 2010 o 1:44 pm
http://www.diapazon.pl/PelnaWiadomosc.php?bn=Recenzje&Id=1957
Maj 17, 2010 o 11:54 am
Zorn i Laswell wymietli na Festiwalu Kody. Relacja u mnie na blogu.
:)